Siedzę właśnie nad mapami synoptycznymi dla Olsztyna i przyznam, że za oknem mamy typową, nieco kapryśną polską wiosnę. Barometry pokazują 1001 hPa, jest mocno pochmurno, a termometry ledwo dobijają do 9 stopni, choć przez ten porywisty, zachodni wiatr (wieje w okolicach 27 km/h) odczuwalna to zaledwie „piątka”. Patrząc na prognozy na najbliższe dni, ewidentnie szykuje nam się pogodowa karuzela. Środa przywita nas zachmurzeniem dużym z przelotnymi opadami i temperaturą rzędu 12 stopni. Jednak już w czwartek zrobi się zauważalnie cieplej – termometry pokażą 16 stopni, a zza chmur mogą wyłonić się pierwsze w tym tygodniu solidniejsze burze z piorunami przy wietrze w porywach do 52 km/h. Piątek przyniesie nam skok do 19 stopni i najwięcej deszczu, bo spadnie prawie 7 milimetrów wody, słońca za to raczej nie uświadczymy. Z kolei sobota to powrót do chłodniejszej, stuprocentowo zachmurzonej aury z temperaturą rzędu 15 stopni i kolejną dawką wilgoci. Słowem: klasyka, trochę deszczowo i dość dynamicznie.
Tymczasem po drugiej stronie oceanu, gdzie zjawiska powinny być o tej porze roku o wiele bardziej gwałtowne, panuje zastanawiająca cisza. Śledząc globalne układy zza mojego olsztyńskiego biurka, często wymieniam się danymi z kolegami po fachu z USA. Meteorolodzy z Karoliny Północnej drapią się teraz w głowy, zadając sobie jedno kluczowe pytanie: dlaczego w tym roku wiosną tak bardzo brakuje tam ekstremalnych zjawisk pogodowych?
Żebyśmy mieli jasność – nikt tam z tego powodu nie rwie włosów z głowy. Oczywiście, woda z nieba jest teraz na wagę złota, ale poza zafiksowanymi łowcami burz nikt normalny nie tęskni za trąbami powietrznymi. Pod koniec kwietnia amerykańska meteorolog Aimee Wilmoth pisała już o tym nietypowym spokoju w atmosferze. Dwa tygodnie później sytuacja ani drgnęła. Stan tkwi w potężnej suszy, co w żargonie synoptycznym oznacza po prostu martwy sezon na nawałnice.
Gdy alerty pogodowe milkną
Zazwyczaj o tej porze roku telefony mieszkańców wschodniego wybrzeża wibrują bez przerwy od powiadomień o nadciągających superkomórkach czy ostrzeżeń przed tornadami – coś jak nasze swojskie Alerty RCB, tylko na sterydach. Przekopałem się przez ich bazę danych, żeby sprawdzić, jak tegoroczne statystyki wydawane od marca mają się do wieloletniej średniej. Liczby mówią same za siebie – do tej pory wydano tam zaledwie 41% normalnej puli ostrzeżeń przed groźnymi zjawiskami.
Wszystkie czternaście tegorocznych alertów przed tornadami pojawiło się jeszcze w marcu. W kwietniu i maju – absolutne zero. Ostatni raz taka dwumiesięczna posucha w tym temacie miała miejsce w 2016 roku, a wcześniej widzieliśmy coś podobnego tylko raz, w 1992. Z kolei alertów o gwałtownych burzach wydano do tej pory zaledwie 81, podczas gdy o tej porze roku średnia oscyluje zazwyczaj wokół dwustu. To najniższy wynik od 1994 roku. A co z powodziami błyskawicznymi? Zamiast typowych piętnastu ostrzeżeń, odnotowano zaledwie jedno. Takiego spadku nie widziano tam od 2006 roku.
Zablokowana atmosfera
Wydaje się całkiem logiczne, że skoro mamy do czynienia z suszą hydrologiczną, to i ta burzowa jest jej naturalnym przedłużeniem. Winowajcą całego zamieszania jest tutaj dość uparty i potężny wyż, który na dobre usadowił się nad wschodnią częścią Stanów Zjednoczonych.
Ten konkretny układ baryczny wymusza osiadanie mas powietrza, co z kolei skutecznie dusi rozwój konwekcji i drastycznie zmniejsza zachmurzenie. Sprawa jest prosta – nie ma chmur, nie ma burz. Zgodny z ruchem wskazówek zegara przepływ powietrza wokół tego centrum wysokiego ciśnienia działa jak gigantyczna niewidzialna tarcza, która blokuje wszelkie aktywne fronty napierające z zachodu. W efekcie niże regularnie schodzące znad Gór Skalistych są spychane, co nakręca aktywność burzową na Równinach, Środkowym Zachodzie i ostatecznie w rejonie Wielkich Jezior, całkowicie omijając Karolinę.
W miesiącach letnich statystyki groźnych zjawisk zazwyczaj tam szybują. Od czerwca do sierpnia Karolina Północna łapie średnio 21 ostrzeżeń przed tornadami, ponad 330 przed potężnymi burzami i blisko 60 dotyczących zalań. Czysta fizyka atmosfery podpowiada jednak, że jeśli ten zablokowany, suchy wzorzec w końcu pęknie i wpuści morską wilgoć, to przejście w tryb deszczowy może być bardzo gwałtowne. Wyposzczona z energii atmosfera z dużym prawdopodobieństwem odda z nawiązką to, co wstrzymywała przez całą wiosnę.